Chicha.pl

Blog o Ameryce Łacińskiej

peru polityka wybory

„Lima to nie Peru” – po I turze wyborów

Choć wybory generalne w Peru – w których wybierano prezydenta, Kongres i deputowanych do Parlamentu Andyjskiego – odbyły się raptem trzy dni temu, tytułowe hasło „Lima no es el Perú” już jest kompletnie wyświechtane. Większość komentarzy na gorąco po podaniu pierwszych wyników wyborów na prezydenta kraju sprowadzały się do tego jednego zdania.

Wielkie zaskoczenie przy urnach

Wynika to z tego, że niespodziewanie, po spektakularnej szarży w sondażach, zwycięzcą pierwszej tury został Pedro Castillo. 51-letni nauczyciel z Cajamarki na północy kraju, przez większość komentatorów określany jako „kandydat skrajnej lewicy”, zdobył 19% głosów. Szerszej publiczności dał się poznać w 2017 r., gdy był jednym z liderów protestów nauczycieli. Domagali się oni wtedy podwyżek i zwiększenia wydatków państwa na edukację, grożąc opóźnieniem rozpoczęcia roku szkolnego. Ostatecznie rząd wycofał się wtedy z części oprotestowanych propozycji i przystał na część postulatów nauczycieli.

Pedro Castillo w czasie jednej z debat prezydenckich

Niewiele było o nim słychać aż do końca 2020 roku, gdy został ogłoszony kandydatem partii Perú Libre („Wolne Peru”, PL). PL identyfikuje się jako lewica socjalistyczna, która chce reprezentować „głębokie Peru”, czyli ubogie regiony leżące daleko od Limy. To był jeden z motywów przewodnich kampanii Pedra Castillo, który na każdym kroku podkreślał, że jest kandydatem „z ludu”. Towarzyszył temu odpowiedni wizerunek – wszędzie pojawiał się w charakterystycznym kapeluszu z szerokim rondem, a często na spotkania przyjeżdżał na koniu.

Castillo wjeżdża na koniu na wiec wyborczy do centrum Limy

Radykał na uboczu

I tutaj dochodzimy do Limy, która nie jest całym Peru. Castillo rozpoczął swoją kampanię wyborczą w swojej rodzinnej wiosce, a prowadził ją głównie na prowincji, w górskich regionach, w uboższych prowincjach, do których politycy ze stolicy nigdy nie docierali. Nie znajdował się na radarze głównych mediów, w analizach poważnych ekspertów i politologów, w popularnych sondażach. Postawił na tradycyjne wiece wyborcze w starym stylu: przyjazd na rynek, przemowa, odjazd. Nowością było za to początkowe omijanie największych miast, zamiast tego wybierał społeczności wiejskie.

Wygrana Castillo była tak wielkim zaskoczeniem, że CNN nie miał jego zdjęcia w momencie ogłoszenia wyników.

W czasie tych spotkań wypowiadał wiele słów i obietnic, które wielu uznało za radykalne i populistyczne. „Oddamy władzę ludowi”, „koniec z biedą w tak bogatym kraju” (no más pobres en un país rico) – to niektóre z jego haseł. Po ogłoszeniu pierwszych wyników pozdrowił „najbardziej zapomnianych ludzi mojej ojczyzny” i powiedział, że „naród peruwiański ściąga z oczu zasłonę”. Oskarżył też wielkie miasta, które „żyją w bogactwie i nie widzą dalej niż czubek własnego nosa”. Wziął na sztandar postulaty tysięcy protestujących, którzy na jesieni, w trakcie kryzysu politycznego domagali się uchwalenia nowej konstytucji (aktualna konstytucja została przyjęta za czasów autorytarnego prezydenta Alberta Fujimoriego). Zapowiedział nacjonalizację „strategicznych sektorów”, takich jak górnictwo czy wydobycie gazu. Dotyczyłoby to także złóż w Camisea, jednym z największych złóż tego surowca w Amerykach. Dochody z wydobycia chce przeznaczyć na uprzemysłowienie Peru. Dodatkowe wpływy chce także uzyskać poprzez obniżenie wynagrodzeń ministrów i członków Kongresu; samemu sobie jako prezydentowi z kolei chce obniżyć wynagrodzenie do poziomu pensji nauczyciela. Ponadto obiecuje zwiększenie nakładów na edukację oraz ochronę zdrowia do 10% PKB każda. Zapowiedział, że reformy wymaga także sądownictwo, a szczególnie Trybunał Konstytucyjny, który powinien zostać zastąpiony przez nową instytucję, wybraną przez Peruwiańczyków w wyborach.

Socjalista-konserwatysta

Oczywistą oczywistością są zapowiedzi walki z korupcją – jest to element programu każdego polityka i każdej partii w Peru. Tutaj należy jednak podchodzić z dystansem do tych deklaracji. Wyrok za korupcję otrzymał bowiem założyciel jego partii Perú Libre. Castillo uważa jednak, że ten wyrok był polityczny i uznaje go za nagonkę polityczną na przedstawicieli ludu peruwiańskiego.

O ile radykalne postulaty Pedra Castillo przeciwko „wyzyskowi” sytuują go na dalekiej lewicy ekonomicznie, w kwestiach obyczajowych dużo bliżej mu do prawicy, i to tej bardzo konserwatywnej. Najlepiej o tym świadczą wypowiedzi jego kontrkandydata Rafaela Lópeza Aliagi, członka Opus Dei, który przyrzekł wierność Maryi Dziewicy. Nie wykluczył on udzielenia poparcia zwycięzcy, ponieważ „jest kandydatem pro-life, wspierającym rodzinę, nie aż tak lewicowym”. Rzeczywiście, Pedro Castillo wielokrotnie opowiadał się przeciwko wprowadzeniu elementom wychowania równościowego w szkołach. Oprócz tego sprzeciwia się małżeństwom jednopłciowym, aborcji czy eutanazji. W ten sposób też wpisuje się w profil „milczącej większości” z zapomnianych obszarów kraju – raczej wierzących i konserwatywnych.

Do trzech razy Keiko

Choć pierwsze sondaże sugerowały co innego, ostatecznie w drugiej turze przeciwko Castillo stanie Keiko Fujimori. Uzyskała ona około 13% głosów. Keiko to „weteranka”, która trzeci raz będzie starała się o objęcie najwyższego urzędu w kraju. Bycie u szczytów władzy nie byłaby dla niej nowością: jej ojcem jest Alberto Fujimori (czyt. [fuhimori]), prezydent kraju w latach 1990-2000. W czasie jego prezydentury Keiko oficjalnie występowała u jego boku w roli pierwszej damy Peru, gdy ten rozwiódł się z żoną i dotychczasową pierwszą damą w 1994 r.

Keiko Fujimori

Czasy rządów Fujimoriego to ciemna karta w historii Peru. Prezydent był przywódcą autorytarnym, który w 1992 r. przy wsparciu wojska rozwiązał parlament. Rozprawił się z siejącą przez lata terror komunistyczną partyzantką „Świetlisty Szlak” (Sendero Luminoso), jednak odbyło się to z wielokrotnym pogwałceniem praw człowieka. Jednym z najgłośniejszych tego przypadków, choć niezwiązanym z Sendero Luminoso, były wymuszone sterylizacje. Około 270 tysięcy kobiet i 20 tysięcy mężczyzn zostało poddanych zabiegowi sterylizacji pod presją w ramach „programu planowania rodziny”. Jego celem miało być zmniejszenie dzietności wśród ubogiej ludności Peru, której nie stać na było na utrzymanie dużej liczby dzieci. Po latach okazało się, że szczególny nacisk kładziono na sterylizację kobiet z ludności rdzennych, często analfabetek. Rząd Fujimoriego upadł, gdy ten ubiegał się o trzecią kadencję prezydenta w 2000 r., a na jaw wyszły taśmy wskazujące na jego ogromną korupcję.

Jak feniks z popiołów

Keiko wkroczyła do polityki w 2006 r., gdy przewodziła resztkom partii swojego ojca w wyborach do Kongresu. Pomimo kontrowersji, fujimoryzm pozostał znaczącą siłą w peruwiańskiej polityce. Świadczy o tym wynik Keiko w kolejnych wyborach prezydenckich. W 2011 roku weszła do drugiej tury, w której uzyskała 48,5% głosów. O włos nie wygrała 5 lat później, w wyborach z 2016 r., gdy zdobyła w drugiej turze aż 49,88% głosów. Za każdym razem reprezentowała linię swojego ojca (choć starała się delikatnie odcinać od jego „toksycznego” dziedzictwa). Startowała z programem liberalnym gospodarczo i bardzo konserwatywnym obyczajowo, obiecując też rządy silnej ręki wobec przestępczości i korupcji.

Gwałtowny zwrot nastąpił w 2018 r., gdy Keiko była u szczytu potęgi, a jej partia Fuerza Popular miała większość w Kongresie. Wtedy została aresztowana w związku z oskarżeniami o korupcję i pranie brudnych pieniędzy. Z więzienia została zwolniona w maju 2020 roku i już jesienią ogłosiła swój powrót do polityki. Wielu przewidywało koniec fujimoryzmu, gdy w przyspieszonych wyborach do Kongresu Fuerza Popular sromotnie przegrała (spadek z 73 do zaledwie 15 mandatów). Jak pokazują wyniki niedzielnych wyborów, wieści o śmierci fujimoryzmu były przedwczesne.

Politycy na cenzurowanym

Kto by jednak nie wygrał w drugiej turze, będzie miał przed sobą trudne zadanie. Peru było jednym z najbardziej dotkniętych przez pandemię krajów w Ameryce. Będzie musiał współpracować z podzielonym parlamentem, gdzie żadna z partii nie ma większości.

Największym problemem jednak jest coraz większa frustracja obywateli wobec klasy politycznej. Od czasów, gdy w 1990 roku Alberto Fujimori wygrał dzięki hasłom walki z „partiokracją”, system polityczny kraju jest bardzo niestabilny. Nie ma dobrze zakorzenionych partii, w każdych wyborach startuje ich inny zestaw, a zwykle większość z nich to pośpiesznie montowane platformy wyborcze poszczególnych kandydatów. Po wyborach zwykle znikają, wchodzą w kolejne sojusze lub przepoczwarzają się w inne. Perú Libre powstało w 2016 r., a Fuerza Popular w 2010. Problemem jest także ogromna korupcja – przeciwko większości parlamentarzystów w 2020 r. toczyły się postępowania prokuratorskie.

Jesienią 2020 r. tysiące Peruwiańczyków protestowało przeciwko skorumpowanej klasie politycznej

To odrzucenie klasy politycznej objawia się dwojako. Po pierwsze coraz lepsze wyniki otrzymują kandydaci i partie antysystemowe. Do takich można zaliczyć Pedra Castillo czy FREPAP, o którym pisałem rok temu. Z drugiej strony ostatnio w Peru zwycięzcą wyborów jest najczęściej „głos pusty”, „głos nieważny” i brak głosu. Tak było też w niedzielę – około 40% Peruwiańczyków uprawnionych do głosowania albo nie poszło w ogóle do wyborów, albo oddało głos nieważny lub pusty. W Peru, jak w większości państw Ameryki Łacińskiej, oddanie głosu w wyborach jest obowiązkowe, w przeciwnym razie grozi mandat. Stąd, by uniknąć kary, wyborcy wyrażają swój sprzeciw wobec wszystkich kandydatów poprzez oddanie głosu nieważnego lub pustego. Ale z roku na rok rośnie odsetek wyborców, którzy wolą zapłacić mandat, niż oddać głos na jakąkolwiek opcję. W tym roku aż 27% wyborców nie stawiło się w lokalach – to najwyższa liczba w historii.

Jest jeszcze jeden, dość interesujący objaw tego stosunku do polityków. Otóż dużo prawdy będzie w stwierdzeniu, że Pedro Castillo wygrał pierwszą turę wyborów, bo miał sporo szczęścia. Otóż od miesięcy liderzy sondaży zmieniali się jak w kalejdoskopie. Pierwszym z nich był George Forsyth, były piłkarz. Następnie na czoło wyszedł wspomniany już skrajny kandydat religijny López Aliaga. Po nim z kolei przyszła kolej na prawicowca Yonhy’ego Lescano. Później za czarnego konia uważano znanego ekonomistę o poglądach neoliberalnych Hernando de Soto. W końcu, w ostatnich sondażach, większość głosów przypisywano Keiko Fujimori, a Pedro Castillo był drugi. Kolejni kandydaci wychodzili na prowadzenie, chwilę na nim pozostawali, wtedy rzucali się na nich pozostali i zaczynali spadać. Po nich przychodzili kolejni i cykl się powtarzał. Pedro Castillo miał to szczęście, że jego kolej wypadła akurat na ten czas, gdy to on był na fali wznoszącej. Wielu ekspertów nie ma wątpliwości, że gdyby wybory odbyły się tydzień wcześniej lub później, wyniki byłyby pewnie zupełnie inne. Sześcioro kandydatów miało bowiem równe szanse na przejście do drugiej tury.

Ciemne chmury nad Peru

Problem zniesmaczenia politykami jest tak znaczący, że peruwiańskie media już się zastanawiają, co będzie, jeśli w drugiej turze dwie trzecie głosów będzie nieważnych. (Spoiler: należy wtedy powtórzyć drugą turę). Biorąc pod uwagę, jak duży jest negatywny elektorat obojga kandydatów, nie jest to tak abstrakcyjny scenariusz.

Na sam koniec przytoczmy opinię uznanego dziennikarza Césara Hildebrandta: czy wygra Castillo, czy Keiko, dla Peru nadchodzą ciemne czasy. Oboje kandydaci mają albo autorytarne propozycje (Castillo i Trybunał Konsytucyjny), albo autorytarne dziedzictwo (Keiko i fujimoryzm). Pewne jest, że kolejne miesiące będą oznaczać jeszcze większą polaryzację społeczeństwa, co w kontekście wciąż szalejącej pandemii źle wróży krajowi.

Druga tura wyborów prezydenckich odbędzie się 6 czerwca.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *