Chicha.pl

Blog o Ameryce Łacińskiej

polityka społeczeństwo USA wybory

Jak Latynosi na Trumpa zagłosowali

Do 4 listopada, czyli dnia wyborów w Stanach Zjednoczonych, jedną z powszechnie przyjętych opinii było to, że wzrost liczby wyborców pochodzenia latynoamerykańskiego (i innych z mniejszości) jednoznacznie sprzyja Partii Demokratycznej. Zmiany demograficzne zachodzące w USA miały niechybnie prowadzić do jej dominacji na scenie politycznej. Tuż przed wyborami pojawiały się głosy, że Biden może nawet wygrać w republikańskiej twierdzy – Teksasie. Wszak Latynosi czy czarnoskórzy niejako z automatu głosują na siły bardziej liberalne czy (deklaratywnie) postępowe. Trudno sobie przecież wyobrazić, że Meksykanie zagłosują na Donalda Trumpa, który wyzywał ich od gwałcicieli, narcos i morderców, prawda?

…No i w zasadzie rzeczywiście do tego doszło. Joe Biden zebrał większość głosów wyborców o korzeniach latynoamerykańskich. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, o czym świadczą powszechnie pojawiające się głosy, żeby porzucić koncepcję “Latino vote”.

Najpierw jednak ustalmy fakty.

Rozkład głosów Latynosów

Biden otrzymał około 66% głosów wśród Latynosów i jest to wynik zbliżony do wyniku Hillary Clinton z 2016 roku (65%). Jest to też rezultat w zasadzie typowy dla kandydata demokratycznego w ostatnich 40 latach – między 1980 i 2020 rokiem Demokraci otrzymywali zwykle dwie trzecie głosów w tej grupie wyborców (od 56% w 1980 r. do 72% w 1996 r.). Należy jednak zwrócić uwagę na różnice, jakie zaszły od czasu ostatniego głosowania. Otóż na 15 stanów, w których Latynosi stanowią co najmniej 5% wyborców, tylko w dwóch Biden miał lepszy wynik niż Hillary cztery lata wcześniej. W dwóch dostał tyle samo głosów, ale w aż ośmiu stracił. Szczególnie należy zwrócić uwagę na Florydę i Georgię, gdzie ten spadek wyniósł aż 10 punktów procentowych. Jednocześnie, Trump stracił poparcie tylko w trzech spośród tych 15 stanów. W niektórych stanach jego zyski były nawet większe niż spadki Bidena, np. w Nevadzie Biden stracił 4 punkty procentowe, podczas gdy Trump zyskał 8. Inna ciekawa obserwacja, to różnice między poszczególnymi stanami w poparciu Latynosów dla Bidena w tych wyborach. W trzech stanach zyskał ponad 70% w tej grupie: w Pensylwanii, Nowym Jorku i Kaliforni. Im bardziej jednak na południe i tak zwany Midwest, tym gorsze wyniki kandydata demokratów. W Wirginii, Arizonie i Kolorado było to 60-63%, w Nevadzie, Teksasie, Georgii i Karolinie Płn. 56-59%. Najgorszy wynik Biden miał na Florydzie, gdzie dostał tylko 52% głosów Latynosów. Widać zatem już tutaj pewne zróżnicowanie wyników w zależności od położenia geograficznego.

Nie dziwią również też inne statystyki. Na Bidena częściej głosowały kobiety niż mężczyźni, raczej młodsi niż starsi, a także ci lepiej wykształceni. Co można zatem powiedzieć patrząc na te dane? Dla mnie jest jeden rzucający się w oczy wniosek – chyba nie powinniśmy być zaskoczeni. Otóż Biden miał najwyższe poparcie na obu wybrzeżach USA, które tradycyjnie częściej głosują na Demokratów. Częściej cieszył się poparciem osób młodych, wykształconych, kobiet, z dużych ośrodków – które tradycyjnie głosują na Demokratów. Z kolei na Trumpa częściej głosowali mężczyźni ze stanów południowych, co też nie jest niczym zadziwiającym.

Dlaczego zatem w wyborczą noc tylu komentatorów było zaskoczonych gorszym wynikiem Bidena w tej grupie wyborców?

Rozkład głosów Latynosów w wyborach prezydenckich w USA w latach 1980-2020. Źródło: AS-COA.

“Latino vote”, którego nie ma

Otóż w północnoamerykańskim marketingu politycznym istnieje takie pojęcie jak “Latino vote”, czyli po prostu zbiorcze określenie wyborców pochodzenia latynoskiego. Przez lata uznawano, że Latynosi (inaczej określani jako “Hispanics”) to jest jednorodna grupa osób, obywateli USA, mających korzenie w Ameryce Łacińskiej, wyróżniających się tym, że mówią po hiszpańsku (ale i to niekoniecznie). Już w tym miejscu widać, że to daleko idące uproszczenie, z którego zdają sobie sprawę chyba wszyscy, którzy interesują się Ameryką Łacińską. No cóż, nie było to takie oczywiste dla komentatorów z USA.

Kim bowiem jest ten “Latynos” w USA? Jest Kubańczykiem, Meksykanką, Wenezuelczykiem, Portorykanką, Ekwadorczykiem; jest uchodźcą, nielegalną imigrantką, przyjechał na wizie pracowniczej lub mieszka tam od pokoleń (nawet kilkunastu); jest mechanikiem, prawniczką, piosenkarzem, kucharką, architektem, prowadzi mały sklep na rogu lub warte miliony dolarów firmy. Jest bogaty, uboga, stary, młoda, liberalny, konserwatywna, niewierzący lub wierząca gorliwie; mieszka w wielkiej metropolii na Wschodnim Wybrzeżu lub małym miasteczku przy granicy z Meksykiem. Słowem – aż ciężko uwierzyć, że komuś trzeba to tłumaczyć – nie ma jednego “Latynosa”, tylko wiele grup, które różnią się pochodzeniem, kulturą, bagażem doświadczeń, statusem materialnym, wykształceniem, wyznawanymi wartościami i poglądami. Różne są też priorytety różnych ludzi. Według Pew Research Centre najważniejszymi kwestiami dla Latynosów były gospodarka, służba zdrowia i Covid-19. Kobiety w tej grupie częściej też wskazywały kwestii imigracji i nierówności.

Mamy zatem na Florydzie Kubańczyków mieszkających w Miami i okolicach, którzy tradycyjnie głosują na Republikanów. W tych wyborach też tłumnie zagłosowali na Trumpa, co przypisuje się temu, że często są to uchodźcy z komunistycznej wyspy. Przez to łatwiej było ich przekonać, że Biden to socjalista, któremu nie można pozwolić zrujnować Ameryki. Tyle że ta retoryka w mniejszym stopniu trafia do młodszych Kubańczyków. Ale znowu – podobne zastrzeżenia do Demokraty miała młodsza emigracja wenezuelska i nikaraguańska, mająca świeżo w pamięci upadek ich krajów pod rządami Nicolasa Maduro i Daniela Ortegi. Komentatorzy zwracają uwagę, że wielu wyborców, zatrudnionych w hotelarstwie czy gastronomii, mogły przekonać też obietnice otwarcia gospodarki przez Donalda Trumpa.

W Teksasie doszło do drastycznych wahnięć w poparciu dla Demokratów i Republikanów. Z jednej strony mamy wiele osób zatrudnionych w bardzo rozbudowanym sektorze naftowym. Proekologiczne zapowiedzi Bidena mogłyby być przez nich odebrane jako zagrożenie dla ich miejsc pracy. Z drugiej strony są też okręgi w dolinie rzeki Rio Grande, w których nawet 90% wyborców to Latynosi. Owszem, Biden tam wygrał, ale trzeba spojrzeć, w jakim stylu. W hrabstwie Starr, o populacji złożonej w 96% z Latynosów, jego przewaga nad Trumpem wyniosła 5%, a w sąsiednim hrabstwie Hidalgo 17%. Dla porównania: Hillary Clinton w 2016 r. miała tam odpowiednio 60(!) i 40 punktów więcej niż Donald Trump. Kolosalny spadek Bidena. Skąd takie poparcie dla Trumpa wśród ludności głównie meksykańskiego pochodzenia? Otóż w dużym stopniu lokalni wyborcy to osoby konserwatywne, którym bliska była retoryka “prawa i porządku” prezydenta w obliczu brutalnych zamieszek z lata 2020 r. Odstraszały ich też postulaty ograniczenia finansowania policji, które pojawiały się w tamtym czasie. Nic dziwnego – wielu z nich pracuje w służbach porządkowych czy w straży granicznej. Jak powiedziała jedna z wyborczyń pytana przez CNN: “[Trump] przywraca kraju Boga, znosi regulacje duszące gospodarkę i mówi jak przeciętny Amerykanin”. Inny wyborca określił to trzema słowami: “God, guns, and gas”.

Ale jest też Arizona, w której od kilku lat rozwijał się ruch Latynosów, którzy walczyli z rygorystycznym prawem imigracyjnym. Pozwalało ono na zatrzymanie każdego, kogo można podejrzewać o bycie nielegalnym imigrantem. W praktyce prowadziło to do ciągłego brania na celownik wszystkich Latynosów, w czym przodował szeryf Joe Arpaio, oskarżany o rasizm i łamanie praw zatrzymywanych przez niego więźniów. Ten arizoński ruch sprzeciwu był kluczowy w wygranej Joe Bidena, który zwyciężył o włos dzięki wielkiej mobilizacji latynoskich wyborców.

I mobilizacja jest tutaj kluczowym słowem.

Etykiety i lenistwo

W powyborczych relacjach z poszczególnych stanów, gdy opadł już kurz wyborczy, przebija jeden, wspólny motyw: brak wsparcia ze sztabu Bidena. Lokalni działacze stale narzekali na to, że szefostwo kampanii nie reagowało na ich prośby o większe środki na prowadzenie agitacji wśród Latynosów. Podczas gdy Donald Trump zaczął kampanię np. na Florydzie już w połowie 2019 roku, Demokraci w całym kraju zwlekali z tym do ostatnich tygodni przed wyborami. Wracamy do tego, o czym mowa była wcześniej: uznali, że Latynosi to elektorat, który z automatu zagłosuje na Bidena, nic nie zmieni ich zdania, więc szkoda czasu i zasobów na przekonywanie ich. “Latino vote” to był pewniak dla demokratycznych strategów.

Zgubiła ich, jak to określili naukowcy z Uniwersytetu Pensylwanii, obecna w USA “obsesja etykietowania ludzi i grup, wyrosła z historii segregacji”. To znaczy postrzegamy ludzi przez pryzmat krótkich opisów, jakie im nadamy (a których oni sami niekoniecznie akceptują). Następnie wymagamy lub odgórnie zakładamy, że będą się zachowywać zgodnie z wyobrażeniami, jakie mamy w związku z tymi etykietami. Jesteś Latynosem? Musisz głosować przeciwko Trumpowi, bo on obraża imigrantów, chociaż twoja rodzina mieszka w USA od 1848 r. Jesteś czarny? Musisz głosować przeciwko Trumpowi, chociaż jako głęboko wierzącemu baptyście z Alabamy podoba ci się jego polityka w sprawie aborcji. I tak dalej, i tak dalej. Politycy często nie przyglądają się bliżej, kim naprawdę są ich wyborcy, w co wierzą, jakie wartości są im bliskie, jakie sprawy są dla nich ważne. “Jesteś X, czyli na pewno zagłosujesz na Y, bo jesteś X”.

Drugim ciekawym aspektem jest pewne intelektualne lenistwo polityków wobec latynoskich wyborców. Ustaliliśmy już, że postrzegają – lub postrzegali do tej pory – Latynosów jako jedną, wielką grupę, monolit. Skoro tak, to jaki jest najlepszy sposób, żeby do nich dotrzeć? Wyemitować spot wyborczy po hiszpańsku – nawet jeśli większość Latynosów na co dzień, w prywatnym życiu posługuje się angielskim. To forma, a w treści? Kwestie polityki migracyjnej, zdrowotnej, gospodarki? Otóż nie – jak wskazują badania, reklamówki skierowane do latynosów głównie skupiają się na symbolach, a nie konkretnych sprawach. Mamy tam więc głównie… muzykę mariachi czy ranchera i taco. Szczerze mówiąc, ja bym się czuł obrażony, gdyby politycy sprowadzali moje wybory polityczne do tego, który kandydat lubi taco, a który mariachi – szczególnie, jakbym był Kolumbijczykiem.

A tutaj przykład tej “mariachi politics”, jak określiła to jedna z komentatorek:

Oczywiście po podobne chwyty sięgał też Donald Trump, który w 2016 r. chwalił się w mediach społecznościowych, jak kocha szeroko rozumianych „Hispanics”. Dowodem na to miało być zdjęcie prezydenta z „taco bowl” (dziwnym wynalazkiem z USA – farsz do taco wymieszany w misce zrobionej z tortilli smażonej na głębokim oleju), które jadł z okazji Cinco de Mayo. Aż ciężko wymienić, na jak wielu poziomach jest to złe.

Wydaje się, że amerykański komentariat powoli zaczyna rozumieć, że grupy liczącej kilkadziesiąt milionów wyborców nie można sprowadzać do jednej etykiety. Pozostaje pytanie, czy politycy również się czegoś nauczyli z tych wyborów. To jest tym ważniejsze, że Latynosi to rzeczywiście najbardziej dynamicznie rosnąca grupa w Stanach Zjednoczonych. Są oni największą spośród mniejszości etnicznych w wyborach. Dlatego jeśli Demokraci cały czas będą ich wrzucać do jednego worka i uznawać, że mają ich głos w kieszeni, w kolejnych wyborach mogą się srogo zdziwić.

Jak mogą to zmienić? Mogą zapytać o receptę Berniego Sandersa. Wygrał on prawybory w Nevadzie, w czym dużą rolę odegrali wyborcy latynoscy. Komentator USA Today wyjaśnił to tak: “[Bernie] zrobił to, o czym inni politycy czasami zapominają: poprosił ich o głosy”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *