Chicha.pl

Blog o Ameryce Łacińskiej

kolumbia kultura społeczeństwo

Kolumbia, czyli wojna domowa – recenzja „Café Macondo”

Tuż przed świętami postanowiłem sprawić sobie mały prezent do czytania na ten spokojniejszy okres, bez tylu obowiązków i z dala od wszelkich ekranów. Padło na Café Macondo, zbiór reportaży z Kolumbii autorstwa Macieja Wesołowskiego, dziennikarza związanego z polską edycją National Geographic. Wesołowski większość materiałów zbierał w 2017 roku, czyli rok po podpisaniu historycznego porozumienia pokojowego między rządem Kolumbii a FARC, Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii. Położyło on kres wewnętrznemu konfliktowi, który trwał ponad 50 lat. Kolumbijska wojna domowa, której początek datuje się na 1964 r., była (i nadal jest, o czym pisaliśmy w kwietniu) jednym z najdłużej trwających konfliktów zbrojnych współczesnego świata.

Wojna wszędzie…

Z tego powodu czytelnik, biorąc do ręki Café Macondo, nie powinien się dziwić, że to właśnie konflikt wewnętrzny w tym kraju będzie dominującym motywem opowieści. Czytamy zatem o starciach między wojskiem a partyzantami, porwaniach dla okupu, zuchwałych akcjach miejskiej guerrilli, przeprowadzanych przez różne strony zamachach terrorystycznych, zabójcach na zlecenie i wszechogarniającej przemocy. Poznajemy historie Jhona Pinchao i Césara Lasso, policjantów, który w niewoli FARC spędzili odpowiednio 8,5 i 13 lat; Borisa Ferrero i jego podopiecznych, byłych partyzantów, którzy próbują zacząć żyć od nowa poza selwą, wśród krzywo patrzących rodaków; Rosemberga Pabóna z M-19, który dowodził straceńczą akcją w ambasadzie Dominikany, w której przez 60 dni partyzanci przetrzymywali dziesiątki dyplomatów; Marthy Amorocho, której świat legł w gruzach po jednym z zamachów FARC. Widzimy brutalność i okrucieństwo bratobójczej wojny, która wyzwala w ludziach ich najmroczniejszą stronę. Dla wielu rozmówców autora to oraz ostatnie 200 lat historii to dowód: Kolumbijczycy agresję mają w genach.

Poza tym znalazło się miejsce na „portet podwójny” dwóch największych metropolii Kolumbii: Bogoty i Medellín. Miasta postawione są w kontrapunkcie – zamglona, zimna, dystyngowana i nowoczesna stolica kraju Bogota; i żywe, dynamiczne, serdeczne, przywiązane do tradycji Medellín. Poznajemy ich wizjonerskich burmistrzów, którzy robili wiele, by włączyć w miejską tkankę najuboższe dzielnice, stworzyć miasta innowacyjne, otworzyć je bardziej na ludzi (szczególnie warto zwrócić uwagę na bogotańskie ciclovías). Ale obserwujemy też zwykłe sceny ze zwykłego życia zwykłych mieszkańców tych miast.

Dla mnie osobiście szczególnie wstrząsające były dwie historie opisane przez Wesołowskiego. Pierwsza z nich to losy Yineth Trujillo, która w wieku 12 lat została odebrana rodzicom i wcielona do partyzantki FARC. Poznajemy realia życia w obozie, jego, owszem, blaski, takie jak pełne równouprawnienie kobiet i mężczyzn i upodmiotowienie partyzantów. Widzimy też cienie, czyli orwellowskich „równych i równiejszych”, ciągłą indoktrynację i oswajanie z przemocą. Przede wszystkim widzimy tragiczne życie prostych ludzi, ubogich rolników z odległej selwy, rzuconych na pastwę szalejącej wojennej zawieruchy; życie trudne, wypełnione ciężką pracą, nierównością, przemocą seksualną. Yineth nie traci jednak swoich marzeń z dzieciństwa.

Druga historia należy do Concepción, kobiety z ludu Inga. Concepción żyła przy granicy z Ekwadorem, nie niepokojąc nikogo, z dala od cywilizacji, hodując zwierzęta. Jednak i ją dosięgnęła wojna – FARC przyszli po jedzenie, potem po dwoje dzieci, wreszcie zamordowali na jej oczach męża. Musiała uciekać z jedenaściorgiem dzieci ze swojego domu do miasta, znając tylko kilka słów po hiszpańsku. Tam powoli układa sobie życie, chociaż los nadal rzuca jej kłody pod nogi.

…ale czy wszystko?

Początkowo byłem zawiedziony pewnym monotematyzmem Café Macondo. Każdy kolejny rozdział ciągle traktował o wojnie domowej, partyzantach, wojsku, porwaniach, atakach… Czy można jednak inaczej spojrzeć na rzeczywistość, gdy ta wojna domowa trwa ponad pół wieku i przenika wszystkie sfery życia? Gdy 200 tysięcy ludzi, głównie cywilów, traci w niej życie, a 5 milionów jest zmuszonych opuścić swoje domy, jak Concepción? Ta dominacja pozwala nam w pewien sposób poczuć tę przytłaczającą wszechobecność wojny, przemocy, śmierci w codziennym życiu. Gdy patrzymy na całą makabrę wojny, tym mocniej działają na nas też co jakiś czas pojawiające się promyki nadziei. Tym silniejsza jest siła rozmowy, zrozumienia, wybaczenia, pojednania, które przychodzi, gdy odrzucimy ideologiczne podziały; gdy w drugiej osobie dostrzeżemy człowieka takiego jak my. Tym większe szczęście, gdy widzimy, że po tym wszystkim, co się stało, nadal można ułożyć sobie życie.

To powiedziawszy, nadal muszę przyznać, że momentami odczuwałem pewien niedosyt historii dziejących się tu i teraz. Obserwacji kolumbijskiej codzienności, jakie znalazłem w rozdziale o Bogocie i Medellín. Nieoczywistych ciągów dalszych, jak w przypadku najbardziej znanej posiadłości Pablo Escobara – Haciendy Nápoles. Nie zmienia to jednak mojej pozytywnej oceny Café Macondo. Jest to bardzo dobrze napisana książka, której nie chce się odkładać; przewracasz strona po stronie, żeby poznać dalsze dzieje bohaterów i ich opowieści. Autor jest prawie niewidzialny w tym wszystkim, to historie jego rozmówców są najważniejsze, za co też duży plus. Chwała też autorowi za podejście do tematu narkotyków: jest on obecny (bo nie mogło być inaczej), jednak raczej jako pewien wątek poboczny, nie stereotypowy element definiujący Kolumbię. Jeśli mam się do czegoś przyczepić, to rozdział o braciach Uribe utrzymany w konwencji dramatu; zupełnie ten zabieg do mnie nie trafił i bardziej zamglił tę historię niż ją wyjaśnił.

Maciej Wesołowski, Café Macondo, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2019 – ocena: 8/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *