Chicha.pl

Blog o Ameryce Łacińskiej

polityka społeczeństwo wybory

Prezydent na 3 dni, czyli prezydenckie sztafety w Ameryce Łacińskiej

Nie jest łatwo być prezydentem w Ameryce Łacińskiej – chociaż nie jest tak źle, jak bywało dawniej. Między 1930 a 1980 r. w 37 państwach regionu doszło do 104 wojskowych zamachów stanu. Z czasem, im bardziej kraje te się demokratyzowały, tym gwałtowne zmiany na szczytach władzy przed końcem kadencji stawały się rzadsze. W latach 80. wojsko obaliło ówczesne władze 7 razy w czterech krajach – Haiti, Boliwii, Paragwaju i Gwatemali – z czego tylko dwa zamachy miały charakter stricte antydemokratyczny. (Na przykład w Paragwaju wojsko obaliło rządzącego od lat 50. dyktatora gen. Alfredo Stroessnera i zainstalowało rząd… w sumie demokratyczny). Wreszcie między 1985 a 2020 rokiem było 19 prezydentów, którzy zrezygnowali z urzędu lub zostali z niego usunięci przez parlament (Valenzuela, 2008; Sánchez Gayosso, Escamilla Cadena 2017).

Zwykle odbywało się to w sytuacji dużego napięcia społecznego – kryzysu gospodarczego, politycznego, społecznego, albo wszystkich naraz. Wiadomo, zdarza się, bywa, że prezydent jest zmuszony do rezygnacji. W Ameryce Łacińskiej jednak sytuacja komplikuje się czasem tak bardzo, że kilku prezydentów z rzędu żegna się ze swoim wygodnym fotelem w pałacu. Poniżej przeczytacie o kilku takich rekordzistach z ostatnich lat.

Peru – Fuera Merino!

Martin Vizcarra, Manuel Merino i Francisco Sagasti (źródło: wikipedia)

O tym, co się w ostatnich tygodniach działo w Peru, pisałem już tutaj. Od tego czasu trochę już się zdążyło zmienić. Po tym, gdy peruwiański Kongres usunął prezydenta Martina Vizcarrę, jednego z najbardziej popularnych przywódców w Ameryce Łacińskiej, na ulice wyszli wściekli obywatele. Ich zdenerwowanie rosło z godziny na godzinę – gdy policjanci brutalnie rozpędzali demonstrantów, rozpylając gaz łzawiący i strzelając z broni gładkolufowej; gdy nowy prezydent Manuel Merino na swojego premiera mianował Ántero Floresa Aráoza, który zasłynął między innymi bezwstydnym wyrażaniem rasistowskich opinii o współobywatelach (których nazwał „lamami i wikuniami”). Miarka się przebrała, gdy w wyniku policyjnej przemocy zginęło dwóch młodych protestujących. Kongres, któremu Merino dopiero co przewodził, również zwrócił się przeciwko niemu. Manuel Merino ogłosił, że rezygnuje z godności prezydenta po pięciu dniach od zaprzysiężenia. Jego miejsce zajął Francisco Sagasti, który głosował przeciwko usunięciu Vizcarry. Wśród swoich priorytetów wymienia walkę ze skutkami pandemii i korupcją. Urząd będzie pełnił do kwietnia 2021 r., gdy odbędą się wybory. Sagasti jest czwartym prezydentem Peru od 2016 r. i trzecim w ciągu ostatniego tygodnia.

Ekwador – Noc trojga prezydentów

Abdalá Bucaram, Rosalía Arteaga i Fabián Alarcón (źródło: wikipedia, flicr)

Ta historia jest tak burzliwa, jak koniec lat 90. w Ekwadorze – El Niño z 1998/1999 roku dokonał znacznych zniszczeń, cena ropy (głównego towaru eksportowego) spadała, a kraj znajdował się w ciągłych kłopotach gospodarczych. W 1996 roku wybory wygrał Abdalá Bucaram, który prezydentem był dość specyficznym. Urządzał posiedzenia rządu w terenie, prowadził charytatywne audycje w telewizji, urządzał koncerty pod auspicjami partii rządzącej, często występował w programach plotkarskich, wypuścił nawet markę mleka „Abdalact”, bardzo słabej jakości i zanieczyszczonego. Przy okazji jego rząd był oskarżany o masową korupcję, nepotyzm i defraudację publicznych środków. Po pięciu miesiącach u władzy, w nocy z 6 na 7 lutego 1997 roku, Kongres zdecydował o usunięciu go z urzędu jako „niezdolnego psychicznie”. Na jego następcę wyznaczono przewodniczącego Kongresu Fabiána Alarcóna. Bucaram oczywiście się z tym niezgodził, podobnie jak jego wiceprezydentka. Rosalía Arteaga miała jednak inny problem: uważała, że to ona powinna zastąpić Bucarama, nie Alarcón.

Nad ranem 7 lutego zatem trzy osoby uważały, że powinny być prezydentem Ekwadoru – Bucaram, Alarcón i Arteaga. Bucaram jednak zaraz uciekł do Panamy, a wojsko „skłoniło” pozostałych dwojga do porozumienia. Zgodnie z nim Arteaga miała pozostać prezydentką do czasu uchwalenia nowej konstytucji i rozpisania nowych wyborów. Po trzech dniach jednak Kongres złamał umowę. Znowu wybrał Alarcóna na prezydenta tymczasowego, a Arteaga zrezygnowała, zanim Kongres zdążył ją usunąć. Co ciekawe, została ponownie wyznaczona na wiceprezydentkę – w tym czasie nie odzywała się do prezydenta, zamknęła łącznik między ich siedzibami i była jego pierwszą przeciwniczką. Tak wytrwali razem do marca 1998, gdy ona zrezygnowała ze stanowiska.

Epilog: Alarcón sprawował urząd do sierpnia 1998, gdy wybrano na prezydenta Jamila Mahuada. Ten też nie dotrwał do końca swojej kadencji – w wyniku zapaści banków i protestów organizacji rdzennych został usunięty z urzędu i zastąpiony przez wiceprezydenta. Tak więc między lutym 1997 r. i styczniem 2000 r. Ekwador miał pięcioro prezydentów. W 2005 r. zresztą znowu usunięto prezydenta, ale to już był ostatni raz i nie zdążyło stać się tradycją.

Argentyna – kryzysowa sztafeta

Fernando de la Rúa, Ramón Puerta, Adolfo Rodríguez Saá, Eduardo Camaño, Eduardo Duhalde

To chyba najbardziej znana historia, w której przywódcy kraju zmieniali się co kilka dni. Pod koniec lat 90. w Argentynie, jak w całej Ameryce Łacińskiej, narastał gospodarczy kryzys. Powoli kończyło się dolce vita na kredyt, zaczęła się recesja, sytuacja gospodarcza coraz bardziej się pogarszała, a wraz z nią warunki życiowe obywateli. Jednym z posunięć prezydenta (#1) Fernando de la Rúa było zamknięcie w grudniu 2001 r. wszystkich banków i zakaz wypłaty gotówki. Miało to zatrzymać jej odpływ z kraju. Przy okazji doprowadził tym do p o t ę ż n e g o kryzysu, ponieważ sparaliżowało to drobną działalność gospodarczą, szczególnie w sektorze nieformalnym. Cały grudzień w Argentynie trwały zamieszki, grabiono sklepy, związki zawodowe ogłosiły strajk generalny. W tej sytuacji 21 grudnia De la Rúa (notabene niedoszły teść Shakiry) wziął sprawy w swoje ręce – i ustąpił z urzędu, a pałac prezydencki opuścił w helikopterze. Tymczasowo obowiązki głowy państwa przejął Ramón Puerta, przewodniczący Senatu (prezydent #2)

Helikopter nad pałacem prezydenckim Casa Rosada w Buenos Aires, którym ewakuował się Fernando de la Rúa po ogłoszeniu swojej dymisji (źródło: El Tiempo)

De la Rúę zastąpił Adolfo Rodríguez Saá (prezydent #3), wyznaczony przez parlament 23 grudnia. Długo jednak nie zagrzał miejsca w Casa Rosada. Przeciwko sobie miał sporą grupę gubernatorów stanowych, nadal też trwał głęboki kryzyk (określany jako estallido social, czyli społeczną eksplozją). Już po tygodniu, 30 grudnia, przerażony doniesieniami o rzekomych masowych demonstracjach przed swoją siedzibą, wpadł w panikę, uciekł z Buenos Aires i złożył rezygnację. Tymczasowo obowiązki głowy państwa przejął Eduardo Camaño, przewodniczący Izby Deputowanych (prezydent #4), ponieważ Ramón Puerta tym razem odmówił.

Wreszcie, 1 stycznia 2002 r. został wybrany Eduardo Duhalde (prezydent #5), który objął urząd dzień później. Ten w końcu wytrzymał trochę dłużej i dokończył kadencję rozpoczętą przez De la Rúę. W 2003 roku kolejne wybory wygrał Néstor Kirchner (którego potem zastąpiła żona Cristina Fernández de Kirchner, ale to historia na kiedy indziej).

Duże oczekiwania – duże kłopoty

W każdym kraju może się tak trafić, że urzędująca głowa państwa lub szef rządu zrezygnuje przed upływem kadencji. Dlaczego jednak zdarza się to tak często w Ameryce Łacińskiej – czasami w odstępie kilku lat, albo nawet i tygodni? Badaniem tego zajęli się naukowcy. Jednym z głównych ich wniosków był wpływ kultury i tradycji politycznej. Wskazywali na zakorzenioną w społecznej podświadomości figurę prezydenta jako caudillo – silnego wodza, który bierze sprawy w swoje ręce i rozwiązuje problemy swoich naśladowców, często pozaprawnymi metodami. W sytuacji, gdy wybuchał jakiś kryzys (gospodarczy czy społeczny), któremu dany prezydent nie był w stanie zaradzić, frustracja obywateli obracała się personalnie przeciwko niemu. To on uosabiał władzę państwową i jeśli kryzys go przerastał, najprostszym rozwiązaniem była jego wymiana na kogoś, kto lepiej sobie z nim poradzi.

Do tego dochodzą dwa czynniki – jeden historyczny i jeden nowy. Po pierwsze, od lat 20. i 30. w Ameryce Łacińskiej została zinteranlizowana pewna populistyczna kultura polityczna (bez wartościowania określenia „populizm”), która dużą sprawczość nadawała „ludowi” (pueblo). Ówczesna władza mocno stawiała na angażowanie mas, np. przez powiązane z nią związki zawodowe, organizacje studenckie itp. Gdy władza przestawała ludowi odpowiadać i traciła inne mechanizmy umocowania na szczycie (np. poparcie wojska), dochodziło do masowych i gwałtownych protestów. Prezydenci często nie mogli sobie z nimi poradzić. To w pewnym stopniu trwa do dziś.

Z kolei dość nowym zjawiskiem jest zwiększanie się roli parlamentów. We wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej obowiązuje model prezydencki na wzór USA. Od lat 90. jednak parlamenty w regionie zyskują coraz silniejszą pozycję względem władzy wykonawczej i nie wahają się jej wykorzystać. W 16 z 18 krajów regionu (nie licząc Karaibów) w konstytucjach są zawarte zapisy na temat usunięcia głowy państwa z urzędu. W momencie, gdy prezydent i większość w Kongresie są z przeciwnych opcji politycznych, zwiększa się ryzyko wykorzystania tych mechanizmów (czasem ze względu na nieudolność lub skorumpowanie władzy, czasem dla bieżących zysków politycznych). Również w przypadku, gdy nie ma takiej kohabitacji, większość parlamentarna nadal może dojść do wniosku, że w sytuacji kryzysu bardziej jej się opłaci usunąć niepopularnego prezydenta z tej samej partii.

Taki obrót spraw należałoby przypisać zatem kulturze politycznej, która na przestrzeni setek lat wyewoluowała w Ameryce Łacińskiej. Z jednej strony mamy do czynienia z młodymi demokracjami, które nadal uczą się funkcjonowania. (W większości krajów demokratyzacja nastąpiła w latach 90.). Z drugiej są utrwalone instytucje polityczne, takie jak postać caudillo czy tradycja masowych i gwałtownych protestów. Przykład Peru jest być może pocieszający w tym kontekście – oto skorumpowany parlament usunął prezydenta, który zagrażał jego interesom, jednak masowe protesty nie pozwoliły, by uszło to na sucho. Zobaczymy, czy to jaskółka zmian w regionie, czy tylko jednorazowy „błąd w systemie”.

***

Korzystałem z poniższych artykułów:

Ramiro Daniel Sánchez Gayosso, Alberto Escamilla Cadena, La interrupción del mandato presidencial en América Latina (1992-2016), Polis vol.13 no.1 México ene./jun. 2017

Arturo VALENZUELA, Presidencias latinoamericanas interrumpidas, América Latina Hoy, 49, 2008, pp. 15-30

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *